Spokojny urlop bez napinki, wrzesień 2019

Relacje z górskich wypraw i innych wyjazdów oraz imprez forumowiczów. Ten dział jest przeznaczony dla osób, które chcą opisać swoje relacje i/lub pokazać zdjęcia ze spotkań nie będących Klubowym Zjazdem lub Górską Wycieczką Klubową.

Moderatorzy: HalinkaŚ, Moderatorzy

Awatar użytkownika
sprocket73
Turysta
Turysta
Posty: 731
Rejestracja: 09 czerwca 2011, 15:06

Spokojny urlop bez napinki, wrzesień 2019

Post autor: sprocket73 » 06 października 2019, 10:55

Część I

W tym roku z urlopem były same zawirowania. Początkowo planowaliśmy jak zwykle w czerwcu, ale z powodów zawodowych przesuwało się to systematycznie i pojechaliśmy dopiero we wrześniu.
Co do miejsca, mieliśmy uzgodnioną Toskanię we Włoszech. Tydzień przed wyjazdem, zorientowałem się, że jednak nie wiem gdzie leży Toskania i tak naprawdę chodziło mi o Abruzję. Różnica nie jest duża, Abruzja jest trochę bardziej na południowy wschód. Jednak dzień przed wyjazdem, zapoznawszy się z pogodą, stwierdziłem, że jedziemy na Słowację. No i pojechaliśmy - w sobotę 31 sierpnia, w czasie gigantycznych upałów. Plan był dojechać nad zalew do miejscowości Nitrianske Rudno.

Wyjechaliśmy dopiero ok 9:00, na miejscu byliśmy po 12:00. W pensjonatach wszystko pozajmowane, zakwaterowaliśmy się na kempingu w 4-osobowym domku. Skwar był taki, że plany górskie olaliśmy, poszliśmy nad wodę, potem na piwo, a wieczorem na pizzę i piwo - tak minął pierwszy dzień. Miejscówka jest genialna. Fajny akwen z pełnym zapleczem wypoczynkowym otoczony ze wszystkich stron górami. Spokojnie można tu siedzieć 3 tygodnie dobrze się bawiąc, mając połączenie woda+góry i nie wydając fortuny.

Obrazek

Drugiego dnia morderczych upałów ciąg dalszy, ale w góry ciągnie. Najbliższy ciekawy szczyt to Rokoš w paśmie Nitrické vrchy wchodzącym w skład Gór Strażowskich. Wyruszamy wcześnie rano.

Obrazek

Rokoš (1010) widać w oddali pośodku. Droga prowadzi przez szczyt widoczny z prawej - Košútova Skala (841), a wracać będziemy przez widoczny z lewej Predný Rokoš (811).

Obrazek

U podnóża na początku lasu znajduje się tor motocrossowy. Tabliczka informuje, że jeśli ktoś chce pojeździć, robi to na własne ryzyko. Właścicielem terenu jest "Obecný úrad Nitrianske Rudno", czyli miejscowy urząd miasta. Genialna inicjatywa, dzięki temu nie ma rozjeżdżania gór motorami, tylko jest wyznaczone miejsce, gdzie można to robić legalnie i za darmo.

Obrazek

Dalej był normalny słowacki szlak, czyli stroma urokliwa ścieżka.

Obrazek

Punkty widokowe z tym co przed nami.

Obrazek

I tym co już za nami.

Obrazek

Idziemy w górę.

Obrazek

Cel coraz bliżej.

Obrazek

Zalew coraz dalej.

Obrazek

Skał coraz więcej.

Obrazek

Szczytujemy, odsłaniają się widoki na drugą stronę.

Obrazek

Jest pomnik, informujący, że był tu Alexander Dubček w 1968 roku i krzyż.

Obrazek

Jest też wiata z możliwością noclegu na poddaszu.

Obrazek

Oraz miejsce na ognisko, z informacją, żeby nie tworzyć nowych miejsc ogniskowych. W otoczeniu ani jednego śmiecia. To ma sens. Jest tu rezerwat ścisły, ale można przyjść, poimprezować przy ognisku i przespać się w wiacie. U nas w takim miejscu byłaby wielka tablica z kilkunastoma punktami czego nie wolno robić i jakie kary za to grożą.

Obrazek

Schodzimy przeciwległą granią.

Obrazek

Tobi ćwiczy na trudnym pieńku. Zwróćcie uwagę jaką przekładankę robi przednimi łapkami.

Obrazek

Ostatni szczyt Predný Rokoš i widok z niego.

Obrazek

Jest na nim ciekawy krzyż na którym zawieszona jest książka wpisowa. Jedno nie przeszkadza drugiemu.

Obrazek

Schodzimy bez szlaku, fajną bardzo stromą ścieżką.

Obrazek

Towarzyszą nam ciekawe skałki.

Obrazek

Pętelka, którą zrobiliśmy nie była duża - 6 godzin spokojnym tempem. Trasę opisałem jako słowacki standard, bo wiele już takich na Słowacji widziałem. U nas niestety ciężko byłoby znaleźć tak piękne miejsca. Prawa autorskie do trasy posiada Magis :)

Wracamy na kemping i drugą połowę dnia plażujemy, bo pogoda jest do tego idealna.
Rozmawiamy też o podejściu Słowaków do zakazów. Nigdzie nie ma ratownika, są tabliczki, że kąpiel na własne ryzyko. U nas chyba jest to niemożliwe prawnie, bo jest obowiązek, żeby na kąpielisku był ratownik - jeżeli nie ma, kąpiel jest zakazana. Oczywiście ludzie i tak się kąpią. Jest to przykład polskiego bezsensu.

Ratownika nie ma, ale jest ciekawa wieżyczka dla ratownika. Leżeliśmy obok, cały czas ludzie próbowali się wspinać na górę. Wyjście na nią jest trudne. Nie ma dolnej drabinki/schodków, więc sprawny facet musi doskoczyć, złapać się podestu i podciągnąć. Kobiecie lub dziecku można pomóc podsadzając. Niektóre dzieciaki ze zręcznością małpki wchodzą same po podporach.

Obrazek

Można wypożyczyć sobie rowerek i popływać z koleżankami. Podoba mi się modny w tym sezonie krój bikini.

Obrazek

Wielu ludzi przychodzi nad wodę z czworonogami.

Obrazek

Kolejnego dnia pogoda wykazuje tendencję do zmiany. Jeszcze jest upał, ale mniej słoneczny i taki ciężki. Nasz mały cel na dzisiaj to Temešská skála (910), widoczna z lewej.

Obrazek

Podjeżdżamy autem i na skałę mieliśmy raptem 45 minut. Niestety pojawiły się przeszkody.

Obrazek

Wiatrołomy były zarówno stare jak i świeże. Zabarykadowały dostęp do skały solidnie. Jednak nie odpuszczaliśmy.

Obrazek

Udało się zdobyć. Widoki byłyby piękne, przy dobrej przejrzystości, a ta była tego dnia fatalna.

Obrazek

Trochę szkoda, bo miejsce jest bardzo ciekawe.

Obrazek

Wróciliśmy do plażowania.

Obrazek

Po południu nastąpiło przepowiadane załamanie pogody. Gwałtowna burza, a potem deszcz ciągły całą noc i spadek temperatury.

Obrazek

Zostało nam jeszcze 20 dni urlopu... co robić, wracać do domu??? Może jednak pojedziemy do tych Włoch ;)

C.D.N.
Awatar użytkownika
sprocket73
Turysta
Turysta
Posty: 731
Rejestracja: 09 czerwca 2011, 15:06

Re: Spokojny urlop bez napinki, wrzesień 2019

Post autor: sprocket73 » 06 października 2019, 10:56

Część II

Pojechaliśmy do Włoch. Pogoda dobra do podróżowania, deszcz przestał padać jeszcze na Słowacji, w Austrii wyszło słońce, ale temperatury były wciąż niskie, dopiero po przejechaniu Alp się podniosły. Noc standardowo w aucie gdzieś na południe od Wenecji, następnego dnia dojechaliśmy do miejsca, które wybrałem - Abruzja, Lido Riccio koło Ortony. Kwaterę udało się trafić od pierwszego strzału. Widok z tarasu całkiem fajny.

Obrazek

Plaża fantastyczna... piaszczysta, w kierunku północnym nieskończenie długa, można spacerować do woli. Morze z daleko sięgającą płycizną, dno bez żadnych ostrych obiektów.

Obrazek

Niekończące się ciągi parasoli i leżaków. Miliony ludzi by się tu zmieściło.

Obrazek

Pod kwaterą mieliśmy plantację winogron. Idealnie dojrzałe, słodkie, rewelacyjne w smaku. Założyliśmy, że można się częstować i codziennie podbieraliśmy kiść.

Obrazek

W stronę południową wybrzeże robiło się klifowe, z kamienistymi zatoczkami.

Obrazek

Piasek jest praktyczniejszy, ale żwirek ładniejszy, więc gdzie iść? - takie mieliśmy dylematy na wakacjach :)

Obrazek

Na żwirku jednak trochę twardawo... człowiek się wciąż wierci...

Obrazek

Jeżeli chodzi o Tobiego, trochę się nudził, więc zaliczał wszystkie budki ratowników.

Obrazek

Ćwiczył skoki.

Obrazek

Ulubionym zajęciem było aportowanie patyków.

Obrazek

Obrazek

Pies na plaży - wiadomo samo zło. Przede wszystkim chodzi o pogryzione dzieci. Biedna dziewczynka zaraz może zostać kaleką.

Obrazek

Oficjalnie na większości plaż jest zakaz wprowadzania zwierząt. Są wytyczone specjalne miejsca, ale w praktyce psiarze bez problemu plażują gdzieś z boku, wielu spaceruje wzdłuż brzegu na linii wody. Nikt się nie czepia. Ładny piesek, prawda?

Obrazek

A to żaglówka - z prawej. Trochę nieostra. Czyżby problem ze sprzętem?

Obrazek

Coś musiałem przestawić w aparacie, bo przełączył się w tryb śledzenia tego psa... którego pani właśnie się ubiera, więc nie robi nic zdrożnego.

Obrazek

No ale wróćmy do tematu. Podobno śpiewa się teraz, że "fal, nie ma fal, nie ma fal...". Otóż są.

Obrazek

Fale fajne są. A ja jestem ich pogromcą!

Obrazek

Choć czasem jak przywali z zaskoczenia, to można się zdziwić ;)

Obrazek

Zabrałem Tobiego na poskramianie fal.

Obrazek

Ale powiedział, że jeszcze nie dojrzał do tego...

Obrazek

A to nasz główny wróg plażowy - taka niewinna trawka, z czymś w rodzaju rzepów. Z tym, że o ile rzep klasyczny działa na zasadzie haczyka, to ten się po prostu wbija. Jak leży na piasku, wbija się w stopę, jak się go chce strzepnąć dłonią, to wbija się w skórę na palcach.

Obrazek

Nienawidzę skunksa. Kilka przywieźliśmy do domu, mam nadzieję, że się nie przyjmą w naszym klimacie.

Obrazek

Na koniec jeszcze kilka nadmorskich kadrów.
Falochron.

Obrazek

Parasole.

Obrazek

Taka tam młódka.

Obrazek

Nogi tej dziewczyny były tak długie, że nie zmieściły się w kadrze.

Obrazek

O ta panią się martwiłem, bo długo leżała nieruchomo. Ukochana zachęcała, żebym podszedł i zagadał.

Obrazek

Na szczęście okazało się, że wszystko z nią w porządku. Tylko, hehe, zabawna sprawa... zapomniała stanika ;)

Obrazek

Jeżeli chodzi o góry - to nie Chorwacja, Czarnogóra, czy Albania, że wyrastają bezpośrednio z morza. Był jakiś pagórek widoczny w oddali. Wypadało by go zdobyć, dla przyzwoitości, ale nad morzem tak fajnie, a my już starzy, zmęczeni...

Obrazek

C.D.N.
Awatar użytkownika
sprocket73
Turysta
Turysta
Posty: 731
Rejestracja: 09 czerwca 2011, 15:06

Re: Spokojny urlop bez napinki, wrzesień 2019

Post autor: sprocket73 » 06 października 2019, 10:57

Część III

Warto być przyzwoitym, mawiał Władysław Bartoszewski. Więc i my, dla przyzwoitości, postanowiliśmy się jednak wybrać na ten pagórek, co go było widać za kwaterą.

Pagórek wyrastał nad doliną o wysokości 200-300 m na prawie 2800 m. Gdyby postawić w tej dolinie obok niego Tatry Wysokie, byłyby pół kilometra niższe. Te liczby robiły na mnie wrażenie. Masyw Majella z najwyższym szczytem Monte Amaro (2793).
Dojrzałem go z satelity jak przeglądałem okolicę przed wyjazdem. Wybrałem miejscowość Palena jako punkt startu. Autem dojeżdża się na ok 1100 m, potem podejście na przełęcz na ok 1700 m, było widać, że jest droga. Tam miałem podjąć decyzję co dalej.

Wstajemy o 4:00, jedziemy 75 km zdezelowanymi drogami, równo ze wschodem słońca jesteśmy na miejscu.

Obrazek

Jest cudnie, pogoda idealna do intensywnego marszu. Ruszamy ubrani na krótko. Chłód nocy ustępuje w promieniach słońca. Pędzimy.

Obrazek

Na przełęczy miałem podjąć decyzję, czy iść na południe, krótką granią w kierunku szczytu Monte Porrara (2137), czy na północ, gdzie znajdują się pagórki znacznie wyższe i zapewne ciekawsze, z najdalszą opcją dojścia do samego Monte Amaro, choć w to w domu, przy planowaniu trasy słabo wierzyłem.
Natomiast na miejscu moja wiara wzrosła, bo czas mieliśmy wyśmienity. Ponad granicą lasu uderzył w nas lodowaty wiatr, ale byliśmy przygotowani na takie warunki - długie spodnie, kurtki, czapki, rękawiczki i do boju!

Obrazek

Bardzo szybko nabieramy wysokości. Zdjęcie wstecz, jest przełęcz i w chmurze porzucony plan minimum - Monte Porrara.

Obrazek

Od przełęczy szliśmy szlakiem, jednak na tabliczkach były podane czasy tylko do jakichś schronów, których z kolei nie miałem na zdjęciu, które służyło mi za mapę. W pewnym momencie szlak skręcił z drogi, która prowadziła na krechę do góry. Uznaliśmy że trzymamy się szlaku. Nie może przecież ominąć głównej grani, a droga prowadzi pewnie tylko do górnej stacji wyciągów narciarskich.

Obrazek

Szlak okazał się ledwie widoczną, ginąca ścieżką i ewidentnie nie chciał nabierać wysokości. Szliśmy nim długo, mijając kolejne rozległe żleby, na zmianę lekko w górę i lekko w dół. Było ładnie, ale czułem, że mijamy cel bokiem.

Obrazek

W końcu, przy jednym z krowich wodopojów szlak się zgubił. Zarządziłem powrót na grań jednym ze żlebów. To był moment kryzysowy, żleb nie miał ekstremalnego nachylenia, jak np. Żleb Spadzisty pod Kominiarskim, ale jednak był stromy, a co gorsza od góry mieliśmy strasznie mocny wiatr prosto w twarz. Pojawiła się chwila zwątpienia, niemocy, ale udało się ją przezwyciężyć.

Obrazek

Żleb był strasznie długi, ale wraz ze wzrostem wysokości jego nachylenie robiło się coraz mniejsze.

Obrazek

Trwało to wieczność, ale wyszliśmy w końcu na grań, która niczym nie przypominała znanych grani - rozległe płaskie przestrzenie, a w oddali białe Monte Amaro. Wiatr zelżał, szybkość marszu wzrosła. Poczułem zew góry, nie interesowało mnie już nic innego, tylko Monte Amaro.

Obrazek

Chłonęliśmy okolice. Uwielbiam być w nowych nieznanych górach.

Obrazek

Nie da się opisać tych rozległych płaskich przestrzeni.

Obrazek

Troszkę kruchych egzotycznych skał.

Obrazek

Poruszamy się w dół i w górę, ale przewyższenia są niewielkie, za to odległości duże. Wszystko płynie w zwolnionym tempie. Odnajduje się jakiś szlak idący grzbietem.

Obrazek

Tutaj Monte Amaro wydawało się już blisko. Przy posiłku zapytałem Ukochanej jak ocenia szanse jego zdobycia, odpowiedziała, że będzie nasz. Wtedy przyznałem jej się do małego kłamstwa, wcześniej jak pytała o parametry trasy, nie odważyłem się powiedzieć, że będzie 1700 metrów różnicy poziomów.

Obrazek

Ruszamy, jest już na wyciągniecie ręki.

Obrazek

Choć to tylko złudzenie, wciąż daleko. Po lewej Dolina Martwych Kobiet - fantazyjna nazwa, działająca na wyobraźnię.

Obrazek

Znowu rozległy płaskowyż. Mam wrażenie, że utknęliśmy w pętli czasoprzestrzeni, bo idziemy i idziemy, a cel wciąż tak samo daleko, choć wydawał się już blisko. W tym miejscu spotykamy jedynego turystę na tej wycieczce. Samotny Włoch, z wielkim biwakowym plecakiem.

Obrazek

Ciekawa grota po drodze. Widać, że używana do biwaków.

Obrazek

Jednak się przybliżamy...

Obrazek

Ostatnie strome podejście i jesteśmy. Na górze jest ciekawy schron.

Obrazek

W środku 10 miejsc na łóżkach.

Obrazek

Ostatnie metry podejścia pod szczyt.

Obrazek

Udało się!
Tobi ma nowy rekord wysokości - 2793 m :)

Obrazek

Rzut oka na okolicę.

Obrazek

Wyjście zajęło nam 8 godzin. Pocieszam, że z górki będzie już łatwo i przyjemnie.

Obrazek

Ruszamy w drogę powrotną. Ależ jest tu inaczej - po prostu księżycowo.

Obrazek

Pojawiają się popołudniowe chmurki.

Obrazek

Które dodają uroku, kadrom.

Obrazek

Pięknie jest z chmurami, choć sytuacja na niebie jest bardzo dynamiczna, zmienia się z minuty na minutę

Obrazek

Doszliśmy do miejsca, gdzie wcześniej osiągnęliśmy grzbiet podchodząc żlebem. Zdecydowałem, że będziemy wracać górą. Będzie szybciej, łatwiej i po szlaku.

Obrazek

Z tym szlakiem to było tak, że niby był, wyznaczony kopczykami, ale ścieżka czasem znikała zupełnie i go gubiliśmy, aby potem ponownie odnaleźć.

Obrazek

Z jednej strony przepięknie, naprawdę przepięknie. Z drugiej inaczej to sobie wyobrażałem. Zamiast ciągle wytracać wysokość idąc cały czas w dół, zdobywamy kolejne pagórki, wciąż dokładając kolejne metry podejść.

Obrazek

Dodatkowo trochę strasznie, bo momentami przechodziła chmura i widoczność spadała. Widać kopczyk, czyli jesteśmy na szlaku, ale ścieżki nie ma żadnej. Wystarczy moment nieuwagi i można we mgle zejść na niewłaściwą stronę góry.

Obrazek

Niższy masyw podobny do naszego, po przeciwległej stronie doliny.

Obrazek

W tym miejscu poczułem ulgę. Stacja końcowa wyciągów idących od przełęczy. Teraz można zejść nawet w chmurze, trzymając się wyciągów. W tym samym momencie uświadomiłem sobie, ze jesteśmy na 2400, czyli czeka nas 1300 metrów w dół. Moje nogi już odpadają. A Ukochana?

Obrazek

Mimo trudów, nie potrafię nie zachwycać się otoczeniem. Spektakl chmur i słońca wciąż trwa.

Obrazek

Równo z zachodem schodzimy na przełęcz.

Obrazek

Z przełęczy nie jest już tak stromo, ale jak to zwykle bywa ostatnie metry sprawiają największy ból. Do auta docieramy równo z ciemnością. Udało się zejść w 5 godzin, ale tempo było na max możliwości.
Bardzo ciężka wycieczka, myślę, że spokojnie przekroczyliśmy 2000 metrów podejść. Plan maksimum osiągnięty. Okoliczności przyrody - powyżej skali.
Była to jedyna wycieczka górska tej części urlopu, ale za to bardzo porządna.

C.D.N.
Awatar użytkownika
sprocket73
Turysta
Turysta
Posty: 731
Rejestracja: 09 czerwca 2011, 15:06

Re: Spokojny urlop bez napinki, wrzesień 2019

Post autor: sprocket73 » 06 października 2019, 10:59

Część IV

Trochę zwiedzania najbliższej okolicy.
Było tego naprawdę niewiele. Nie jeździliśmy w znane i oblegane miejsca, tylko obejrzeliśmy to co mieliśmy pod nosem. Jak zawsze byliśmy ciekawi jak wygląda normalne życie w innych krajach.
Najbliżej, dostępna z buta, była Ortona. W niej jakiś zameczek, mały, ale wstęp wolny.

Obrazek

Dość nowa starówka.

Obrazek

Obrazek

Ciekawe podejście do koszów na śmieci przy głównym deptaku.

Obrazek

Bardziej atrakcyjnym miastem do zwiedzania jest Vasto.

Obrazek

Jest tam już trochę prawdziwych zabytków.

Obrazek

Obrazek

Dużo użytkowej zamieszkałej starówki z małymi domkami i wąskimi uliczkami.

Obrazek

Znalazłem taka perełkę, prawdziwy Fiat 500.
Jakież to jest małe autko w rzeczywistości, dużo mniejsze od malucha. Kiedy robiliśmy sobie zdjęcia uchyliło się okno obok i jakaś starsza pani zainteresowała się co się dzieje. Okazało się, że to jej auto. Zapytałem o rocznik, musiała skonsultować się z mężem. Ten Fiacik został wyprodukowany w roku 1970 i przez całe prawie 50 lat swojego żywota miał tylko jednego właściciela. Wciąż na chodzie, wciąż używany do normalnych potrzeb. Piękna sprawa.

Obrazek

Włoskie kościoły, jako katolickie świątynie, powiedziałbym, że bardzo podobne do naszych.

Obrazek

Chociaż ich lokalizacja często budzi zdziwienie. Często są obudowane innymi budynkami i giną przytłoczone np. wyższymi apartamentowcami.

Obrazek

Odwiedziliśmy też takie większe nowoczesne miasto - Pescara.

Obrazek

Przy plaży mają tam ciekawą kładkę pieszo-rowerową nad rzeką i portem.

Obrazek

Takie zwyczajne włoskie ulice... tzn. te ładne. Brzydkie też są.

Obrazek

Obrazek

Na koniec parę słów ogólnie, bo Włochy trochę nas zaskoczyły.
Zobaczyliśmy spory kawałek kraju, bo dotarliśmy dość nisko w głąb włoskiego buta, poniżej Rzymu. Na miejsce jechaliśmy wzdłuż wschodniego wybrzeża - trasą adriatycką. Liczyłem na to, że będzie to coś podobnego do trasy adriatyckiej w Chorwacji - niestety nie. Cały czas przez miasta i miasteczka - praktycznie nie było przerw w zabudowie, bo w pasie nadmorskim zawsze były jakieś domy, niezliczone kempingi, hotele. Żadnych ciekawych widoków. Droga z jednym pasem ruchu, sporo świateł, radarów, bardzo dużo samochodów. Odradzam.

Wracaliśmy ekspresówką, dość główną drogą łączącą Rzym z Bolonią, idącą przez środek kraju. Zaskoczył nas bardzo jej fatalny stan. Jak nasze drogi pod koniec lat 90-tych, kiedy nawarstwiło się kilkadziesiąt lat zaległości remontowych. Były długie odcinki z koleinami i dziurami tak gęstymi, że Tiry zwalniały do 50 km/h, żeby naczep nie zgubić. Sypiące się wiadukty i mosty, z ograniczeniami 30 km/h. Drogi mniejsze były również bardzo zniszczone i widać, że od dawna nie remontowane. Tak że ten głośny przypadek zawalenia wiaduktu na autostradzie to nie był pech, to było szczęście, że na razie tylko jeden się rozsypał. Drogi we Włoszech są o wiele gorsze niż w Polsce i w innych krajach.

Ale nie tylko drogi. Wszędzie widać biedę. Mam na myśli budynki, które powinny być kilkanaście lat temu wyremontowane, albo takie, których budowa nie została dokończona i straszą porzucone. Wiele nieruchomości jest niezamieszkałych. Wszędzie wiszą tablice z informacją "vendesi", czyli "na sprzedaż". Włochy kojarzyły nam się bardziej z Albanią niż np. z Chorwacją. Od lat słyszy się wiadomości, że Włoska gospodarka jest w kryzysie, ale na miejscu to naprawdę widać.

Patrząc na samochody, pod względem ich średniego wieku i klasy, w Polsce jest obecnie lepiej. Tam wciąż jeździ sporo seicento, stare i nowe pandy, pełnoletnie golfy i polówki. Oczywiście są również nowe wypasione bryki, suwy, ale u nas jest bardziej na bogato. Czy to kwestia mentalności (że dla nich auto to rzecz czysto użytkowa), czy zasobności - trudno powiedzieć. Styl jazdy Włochów jest inny niż w Polsce. Tam nikomu się nie śpieszy, nie ma nerwowości na drodze. Jeżdżą powoli, spokojnie, ruszają spod świateł ospale, zwalniają bardzo na rondach. Ale z drugiej strony, wszystko jest bardziej płynne, bo włączają się do ruchu na zasadzie wymuszenia pierwszeństwa, łamią w ostentacyjny sposób wiele przepisów, wyprzedzają wszędzie, gdzie się da, ale dość spokojnie i bezpieczniej niż u nas.

Z drugiej strony cenowo Włochy to drogi kraj. O ile kwatery mieliśmy jeszcze znośne, pewnie z powodu września i końca sezonu, to ceny jedzenia w knajpach trochę hamowały apetyt. Trzeba liczyć 50 euro za posiłek dla 2 osób w normalnej restauracji. Na dodatek ta niepewność, ile wyniesie rachunek. Czasem nie było menu, przychodził kelner i opowiadał co mają. Nawet jak menu jest, to potem do rachunku doliczają różne dodatki, których się nie zamawiało (chleb, woda) oraz swoje coperto, czyli taka opłata, za to, że kelner przygotował stół i przyniósł posiłek. Natomiast gdyby nie patrzeć na ceny, to żarcie robią naprawdę dobre. Zauważalnie lepsze niż w Chorwacji, czy Czarnogórze.
Jedynie wino jest tanie i dobre. Jak się zamówi wino, to przynoszą od razu litr :) W markecie można kupić wino w kartonie za 1 euro i dla naszych chamskich podniebień naprawdę nic mu nie brakowało. Wszystkie wina, które tam piliśmy nam smakowały. Najbardziej takie kupowane prosto od rolnika.

To tyle takiej ogólnej gadki.
Relacja się jeszcze nie kończy, bo były atrakcje na powrocie ;)

C.D.N.
Awatar użytkownika
sprocket73
Turysta
Turysta
Posty: 731
Rejestracja: 09 czerwca 2011, 15:06

Re: Spokojny urlop bez napinki, wrzesień 2019

Post autor: sprocket73 » 06 października 2019, 11:01

Część V

Wjechaliśmy wgłąb kraju. Otoczyły nas Apeniny. Już po drodze wyglądało to ciekawie.

Obrazek

Jest tam wiele charakterystycznych małych górskich miasteczek ze starą zabudową.

Obrazek

Zatrzymaliśmy się przy jednym z nich Santo Stefano di Sessanio, na wysokości ok 1200 m i udaliśmy się na spacer, w kierunku ruin zamku Rocca Calascio.

Obrazek

Tak wyglądały pagórki przed nami.

Obrazek

Okolica bardzo mi się podobała. Spokojne wzgórki porośnięte pożółkłą trawą.

Obrazek

Niestety jak podeszliśmy wyżej, zaczęła wyłaniać się jakaś straszna góra.

Obrazek

To Corno Grande (2912) najwyższy szczyt Apeninów.

Obrazek

Pokazały się też inne groźnie wyglądające szczyty, np. Monte Prena (2561).

Obrazek

Na szczęście to wszystko gdzieś dość daleko z boku. My bezpiecznie szliśmy ścieżką wśród traw.

Obrazek

Ukazał się nasz cel.

Obrazek

Zamek całkiem spory.

Obrazek

W remoncie. Fajnie go odbudowują.

Obrazek

Widoki na niższe tereny. Mniej więcej stamtąd przyjechaliśmy.

Obrazek

Widoki na tereny wyżej położone.

Obrazek

No i te najwyższe też ładne.

Obrazek

Ciekawie wygląda stąd Monte Amaro.

Obrazek

Jest jakby przecięte na pół, sporo wystaje ponad poziom niskich chmur.

Obrazek

Zwiedzamy zamek. Jest sielankowo i przyjemnie. Niestety wieża już zamknięta.

Obrazek

W drodze powrotnej poprawiają się kolory.

Obrazek

Troszkę modyfikuję trasę i wychodzimy na szczyt z krzyżem (1458), który szlak omija.

Obrazek

Zamek na tle Monte Amaro wygląda stamtąd ciekawie. Znowu jest złudzenie, że góra nie jest daleko, a to prawie 50 km.

Obrazek

Często patrzę jednak w stronę bliższych nieznanych gór.

Obrazek

Wracamy do Santo Stefano. Idziemy w stronę zachodzącego słońca.

Obrazek

W miasteczku trwają jakieś szeroko zakrojone prace budowlane.

Obrazek

Jestem podekscytowany tym, co przyniosą następne dni :)

C.D.N.
Awatar użytkownika
sprocket73
Turysta
Turysta
Posty: 731
Rejestracja: 09 czerwca 2011, 15:06

Re: Spokojny urlop bez napinki, wrzesień 2019

Post autor: sprocket73 » 06 października 2019, 11:05

Część VI

Następnego dnia postanawiamy sprawdzić jak smakują te skaliste szczyty w najwyższym Apenińskim paśmie Gran Sasso d’Italia. Podjeżdżamy pod Monte Prena i ruszamy, początkowo spokojną drogą wolniutko nabierając wysokości.

Obrazek

Spotykamy tu wspaniałe okazy Dziewięćsiłów.

Obrazek

Potem szlak staje się ścieżką i wysokość nabiera już szybko. Nasz cel wydaje się być już niedaleko.

Obrazek

Krajobraz zmienia się. Zbocza z trawiastych robią się skaliste. Skały są bardzo kruche - taki osypujący się żwirek.

Obrazek

Widok wstecz, na równinę od której zaczęliśmy.

Obrazek

Mniej więcej od tego miejsca na mapie szlak zaznaczony jest jako "umiarkowanie trudny" wcześniej był "łatwy". Jak dla mnie trudności nie ma żadnych, gdyby było ślisko to co innego, ale w takich warunkach dalej jest całkowicie łatwo, co napawa optymizmem.

Obrazek

Podejście na przełęcz robi się coraz bardziej strome.

Obrazek

Jesteśmy na przełęczy. Nasz cel wydaje się już naprawdę bardzo blisko, choć wygląda groźnie.

Obrazek

A to zbliżenie na szczyt po drugiej stronie przełęczy - Monte Camicia (2564). Co ciekawe ta góra jest wyższa niż Monte Prena o 3 metry, ale robi wrażenie spokojnego pagórka. Również wydaje się blisko i mam taki chytry plan, że może uda się ją zdobyć na powrocie. Na razie o tym nikogo nie informuję.

Obrazek

Ruszamy grzbietem. Pojawiają się małe trudności. Problem w tym, że wszystko jest osypującym się żwirkiem. Nawet takie dość proste miejsca jak to na zdjęciu, stają się dzięki temu nie banalne.

Obrazek

Widok wstecz na Monte Camicia. Jak widać, od strony grzbietu, również jest skalista.

Obrazek

Wchodzimy w coraz większa stromiznę i coraz większe skały. Pięknie to wygląda, trudność wciąż wzrasta, choć ciągle jest prosto.

Obrazek

Krajobrazy znowu jak na księżycu, choć zupełnie inaczej niż na Monte Amaro. Jestem zachwycony.

Obrazek

Znowu występuje zjawisko, że idziemy i idziemy, a cel jakby się nie przybliżał. Myślałem, że dojdziemy na szczyt w pół godzinki od przełęczy. A tu godzinę nam zajęło dojście pod podstawę góry, gdzie zobaczyliśmy ostatnie bardzo strome podejście, zakończone wręcz pionową ścianą.

Obrazek

Troszkę zacząłem się obawiać o to, czy damy radę w komplecie. Przypomniało mi się jak byliśmy pod Mitikasem (najwyższy wierzchołek masywu Olimpu w Grecji) i tam też była taka ściana, no trochę większa, przyznaję. Wtedy Ukochana nawet nie rozważała próby ataku. Teraz spróbowaliśmy. Spójrzcie jak Tobi patrzy w górę i zapewne obmyśla drogę.

Obrazek

W tym miejscu, na pewno można już powiedzieć, że poziom trudności szlaku znacznie się podniósł. Najgorsze jest podłoże, tu naprawdę wszystko się sypie. Nie ma wytyczonej i ubezpieczonej jakiejś jednej ścieżki tak jak w naszych Tatrach. Ludzie idą szeroko, sami wybierają drogę. Mnie się takie coś podoba, ale widzę, że są tacy, których otoczenie trochę przerasta. Używanie kasku jest jak najbardziej uzasadnione. Zrzucone kamienie lecą długo i są naprawdę niebezpieczne. Wszyscy są uważni, ostrzegają się wzajemnie. Ludzi jest trochę, bo niedziela.

Obrazek

Najlepiej radzi sobie Tobi. Jest szybki, bezbłędny, a wchodzenie na górę sprawia mu autentyczną frajdę. Patrzy potem z niecierpliwością, gdzie my jesteśmy.

Obrazek

To już końcówka, prawie się udało. Tobi już na górze... ziewa.

Obrazek

Widok na północny wschód, w stronę lądu i morza.

Obrazek

Na południe, stamtąd przyszliśmy.

Obrazek

W stronę najwyższego szczytu - Corno Grande.

Obrazek

Fotka szczytowa. Jak widać przyszedł inny czarny pies.

Obrazek

Wkrótce okazało się, ze to suczka, niemłoda już - 10 lat. Wyglądała na bardzo wyczerpaną, wręcz padła. Właściciel powiedział, że całe życie chodzi z nią po górach. Jeszcze daje radę.

Obrazek

Po Tobim zmęczenia nie widać. Chodzi sobie po szczycie i zagląda w przepaście. On chyba naprawdę lubi wysokie góry.

Obrazek

Znikąd pojawiają się niskie chmury, które dodają uroku.

Obrazek

Obrazek

Pora wracać. Zejście po tej kruchej pionowej ścianie jest dużo trudniejsze niż wyjście. Wybrać drogę tak, żeby stawiać nogę na stabilnym podłożu - to klucz do sukcesu. Schodzimy powoli, uważnie. Ja idę przodem, Ukochana za mną dokładnie po "moich śladach". To się sprawdza. Jeszcze ta obawa, czy ktoś z góry nie poczęstuje nas kamieniem. Dobrze, że ten odcinek nie jest długi.

Obrazek

Ostatni spojrzenie na skalną bramę. Piękna góra.

Obrazek

O wydłużeniu na Monte Camicia nawet nie myślę. Nie starczyło czasu. Co ciekawe Ukochana mówi, że wiedziała, że będę miał taki plan... ona to już mnie zna :)
Taka tam fotka przyrodnicza.

Obrazek

Jesteśmy już nisko, nad równiną.

Obrazek

Monte Amaro jak zwykle prezentuje się ciekawie.

Obrazek

Niegroźnie wyglądająca Monte Camica. Wydaje się blisko, ale trzeba by zrobić na nią oddzielną wyprawę, albo być Magisem ;)

Obrazek

W promieniach zachodzącego słońca wracamy do auta.

Obrazek

Ogólnie wycieczka wyszła fajnie. Góra przepiękna. Na pewno była to najtrudniejsza góra na jaką wyszliśmy jako zespół, bez najmniejszego zgrzytu i uwag, że ciągam Ukochaną w zbyt trudne dla niej miejsca.
Do pogody miałem drobne zastrzeżenie. Cały czas na niebie wisiała taka lekka zawesinka wysokich rzadkich przeźroczystych chmur. Niby cały czas pełne słońce, ale jednak nieczyste. Popsuło to trochę zdjęcia.

C.D.N.
Awatar użytkownika
sprocket73
Turysta
Turysta
Posty: 731
Rejestracja: 09 czerwca 2011, 15:06

Re: Spokojny urlop bez napinki, wrzesień 2019

Post autor: sprocket73 » 06 października 2019, 11:06

Część VII

Dzień wypoczynkowy w górach.
Tak prezentował się kemping, na którym mieszkaliśmy w namiocie. Fajne miejsce, budynek po lewej to restauracja, po prawej łazienki. Ukochana spała w namiocie pierwszy raz w życiu, Tobi też :)

Obrazek

Plan na dzień był taki, żeby pozwiedzać trochę te małe górskie miasteczka i pospacerować. Santo Stefano pod którym byliśmy rozbici nie wyglądało zachęcająco. Z zewnątrz jak wielki plac budowy. Tak, że jak weszliśmy do środka, to bardzo się zaskoczyliśmy.

Obrazek

Miasteczko okazało się prawdziwą perełką starej architektury. Wszystko było w nim wiekowe i oryginalne.

Obrazek

W wąskich uliczkach pełno było psów i kotów. Pst przeważnie wielkie pasterskie, coś jak nasze podhalany. Wszystkie luzem, przyjazne do ludzi, ale już niekoniecznie tolerowały Tobiego, który szybko poczuł do nich respekt, więc było parę zabawnych sytuacji z mijankami.

Obrazek

Ten mały kotek bardzo się z nami zaprzyjaźni. Chodził za nami kilkanaście minut i mruczał. Aż musieliśmy go zgubić sprytnie, jak opuszczaliśmy miasto. Oj, jak rozpaczał i miauczał za nami.

Obrazek

Remonty są, ale będąc w środku dużo mniej je widać niż na zewnątrz. Odbudowywane są niektóre domy i coś co wygląda na zamek położony w samym sercu miasteczka.

Obrazek

Następnie przemieściliśmy się do miejscowości Calascio, mieszczącej się pod ruinami zamku, który oglądaliśmy pierwszego dnia. Wymyśliłem tam nową drogę dojścia przez rolniczą dolinę.

Obrazek

Tu już spodziewaliśmy się kolejnej perełki i nie zawiedliśmy się.

Obrazek

Miasteczko jest większe i praktycznie w ogóle nie zorientowane na turystów. O ile w Santo Stefano było parę sklepików z pamiątkami i wyrobami regionalnymi oraz typowo turystyczne kawiarenki, to tutaj nic.

Obrazek

Bardzo lubimy takie miejsca, gdzie można zobaczyć coś autentycznego i historycznego.

Obrazek

Istota rzeczy tkwi w szczegółach. Skamieniałe od upływu czasu deski, stare żelazne, zardzewiałe gwoździe. W suchym klimacie mogą mieć naprawdę wiele lat i wciąż są tylko rzeczą czysto użytkową.

Obrazek

Jest tu też trochę oficjalnych zabytków, z tablicami informacyjnymi. Wyglądają jak opuszczone przez turystów.

Obrazek

A zaraz po sąsiedzku, normalne życie mieszkańców.

Obrazek

Główna ulica. Ciekawe jakiej szerokości w środku jest skrajne pomieszczenie tych domów.

Obrazek

Szukamy tu jakiegoś spożywczaka, bo potrzebujemy kupić chleb. Nic nie widać, w końcu Ukochana odnajduje strzałki do, jak twierdzi, pierkarni. Piekarnia okazuje się jednak czymś innym, to miejsce, w którym można zjeść tylko kanapkę, taki rodzaj knajpy. Podjadamy więc bardzo egzotyczne jak na nasze gusta kanapki, a właściciel informuje nas, że w tej miejscowości, ani w pobliskich, nie ma żadnego sklepu spożywczego. Mocno dziwne, ale cóż, pozostaje się z tym pogodzić.

Obrazek

Ruszamy raz jeszcze w wąskie uliczki i zaułki. Bardzo nam się tu podoba. Pełno kwiatów.

Obrazek

Obserwuje nas miejscowy kot.

Obrazek

Poranny plan zakładał jeszcze dojście do kolejnego miasteczka - Castel Del Monte, ale nie starczyło już czasu. Pozostał powrót szerokim łukiem, z wejściem wgłąb pagórków, gdzie liczyłem na ładne widoki.

Obrazek

Pogoda się poprawiła, zaczęło pojawiać się całkowicie czyste niebo. Temperatura wzrosła i trochę przeszkadzał upał. Szliśmy bez szlaku, ale z całkowitą kontrolą trasy.

Obrazek

Gdy byliśmy w najdalszym punkcie tego "spaceru", do drogi którą się przemieszczaliśmy miał dołączyć szlak idący boczną doliną. Dołączyła dolina, ale szlak już nie. Niby mały problem, ale myśmy potem mieli trzymać się tego szlaku i przejść nim pagórkowaty dziki teren. Stwierdziłem, że pewnie w odpowiednim miejscu, nawet jak nie będzie szlaku, to będzie jakaś ścieżka, którą odbijemy i sobie wrócimy. Niestety nic takiego nie było. W pewnym momencie zaproponowałem Ukochanej odbicie w dziką dolinę i przejście po prostu po trawie, ale nie wykazała entuzjazmu, jak to tak po trawie w dzień wypoczynkowy. Szliśmy więc drogą, ciągle oddalając się od celu, niepotrzebnie nabierając wysokości, a czas płynął. W końcu napotkaliśmy miejscowego pasterza, z którym komunikacja była ciężka, ale jak wypowiedziałem magiczne słowa "Santo Stefano", to zaczął machać rękami, zagradzać nam drogę, wręcz nie puszczał dalej, odwracał mnie o 180 stopni i jedną ręką trzymając za plecy, drugą wskazywał przełęcz i dobitnie dawał do zrozumienia, że tam i tylko tam mamy iść. Posłuchaliśmy go.

Obrazek

Piękne to było wędrowanie. Całkowicie na dziko, odcięci od świata z poczuciem lekkiego zagubienia, w rewelacyjnych okolicznościach przyrody. Niby wiedziałem mniej więcej gdzie jesteśmy i przynajmniej ja nie czułem zagrożenia, że pobłądzimy całkowicie i zastanie nas noc, ale było parę takich sytuacji, że spodziewałem się, ze tam na górze jest już jakaś przełęcz i jak ją osiągniemy to po drugiej stronie zobaczymy Santo Stefano. A po dojściu okazywało się, że widać tylko kolejną przełęcz, kilometr dalej.

Obrazek

W końcu, doszliśmy na tą właściwą. W samą porę, słońce już prawie zachodziło.

Obrazek

Znajoma okolica, znane ruinki na horyzoncie.

Obrazek

Ależ tam jest pięknie!!!

Obrazek

Na kempingu byliśmy o zmroku. Ukochana zgłaszała uwagi, ze dzień nie był tak bardzo wypoczynkowy na jaki się rano nastawiała ;)

C.D.N.
Awatar użytkownika
sprocket73
Turysta
Turysta
Posty: 731
Rejestracja: 09 czerwca 2011, 15:06

Re: Spokojny urlop bez napinki, wrzesień 2019

Post autor: sprocket73 » 06 października 2019, 11:09

Część VIII

To miał być kulminacyjny dzień urlopu - Corno Grande. Celowaliśmy w najlepszą pogodę. W nocy budziłem się i sprawdzałem godzinę, nie mogłem się doczekać poranka. Kiedy w końcu przyszedł czas, wyszedłem z Tobim na poranne sikanie i o zgrozo... jedna łapka zepsuta, kuśtyka na 3, jedną nie jest w stanie nawet dotknąć podłoża. Wstępne badanie wykazało dobry stan kości i stawów, problem był w przecięciu poduszki pod palcami. Ponowiłem badanie uzbrajając się w czołówkę i okulary, jednak nie przecięcie, tylko ma coś wbite. Otwór ranki jest okrągły. Po lekkim naciśnięciu poduszki wycieka z niego ropa. Musiał coś wbić wczoraj, przez noc wdało się zakażenie i teraz łapka nie funkcjonuje. Uznałem, że coś tam może tkwić w środku, więc zrobiłem operację. Najpierw atakowałem lekko pęsetą, a potem głębiej grzebałem igłą. Operacja była trudna, wciąż wyciekała z rany ropa, a Tobi współpracował niechętnie. Grzebałem jednak coraz głębiej, bo uważałem, że to słuszne. Jak zacząłem wygrzebywać różowe mięsko, a z rany lała się już nie ropa, tylko jasnoczerwona krew, uznałem, że wystarczy. Na tym etapie wydałem orzeczenie lekarskie - "niezdolny do zdobywania Corno Grande". Co do pomysłów na dalsze leczenie, przychodziła mi do głowy tylko amputacja kończyny, jednak na razie jeszcze na to za wcześnie.

Bez Tobiego - najmocniejszego członka ekipy, zdobywanie Corno Grande nie miało sensu. Zostało mu przydzielone zadanie pilnowania opalającej się Pańci, a ja udałem się na poranny spacer, na pobliski grzbiecik. Pogoda żyleta, ale humor średni. Widok na nasz kemping.

Obrazek

Tą drogą rozpocząłem podejście.

Obrazek

Podziwiałem sobie przeciwległy grzbiet. W końcu czyste niebo.

Obrazek

Corno Grande. Skręcało mi kiszki jak na to patrzyłem.

Obrazek

Podchodziłem tym grzbietem.

Obrazek

Widziałem coraz więcej.

Obrazek

Niezaprzeczalnie jest przepięknie. Nie ma co rozpaczać, trzeba się cieszyć tym co jest.

Obrazek

Ze szczytu zobaczyłem nowe tereny. Jest tu jedna porośnięta drzewami góra.

Obrazek

Ale największe wrażenie robią trawiaste równiny.

Obrazek

Monte Prena - wygląda groźnie i byliśmy tam!

Obrazek

Na zejściu grzyby - maślaki. Są ich setki, całe połacie, rosną jeden na drugim.

Obrazek

Zrywam jednego i oglądam. Pachnie jak maślak, skórka mu odchodzi jak maślakowi, śliski jak maślak, barwi palce jak maślak, trochę inny odcień kapelusza niż u nas, ale przecież nawet nasze maślaki róznią się od siebie odcieniem.

Obrazek

Po spacerze idziemy jeszcze raz do miasteczka. Przechodzimy uliczki, kupujemy regionalne produkty: ser i kiełbasę, jak się okazało z osła. Chleba nie ma, ale w restauracji chętnie sprzedają. Tobi jakoś kuśtyka za nami.

Obrazek

Zatrzymujemy się na kawę i lody w najładniejszej kawiarence. Kawa jest dziwna. Stary metalowy miniaturowy ekspres ciśnieniowy, obita gliniana filiżanka i spodek, pół litra mleka w dzbanku, bo miało być cappucino. Podaje ją kelner w koszuli pod krawatem i grubej wełnianej kamizelce, a jest jakieś 35 stopni.

Obrazek

Potem wracamy na kemping i przez parę godzin leżymy w słońcu. Jest upalnie. Ponieważ Tobi z każdą godziną ma się lepiej, postanawiamy jeszcze wyjść na zachód słońca.

Obrazek

Taki 3 godzinny spacerek po innym niż poranny, nieco wyższym grzbiecie. Pora zachodu, to dobry pomysł na spacer w tych trawach.

Obrazek

Szybko zaczynają się ładne widoki. Mamy ze sobą butelkę wina, żeby było jeszcze piękniej.

Obrazek

Monte Camicia.

Obrazek

Tobi nie wygląda na bardzo cierpiącego, w trawach używa wszystkich łap.

Obrazek

Kemping pośrodku i Santo Stefano.

Obrazek

Idziemy w kierunku najwyższego szczytu spaceru.

Obrazek

Podejście takie trawno kamieniste.

Obrazek

Kolory z każdą minutą lepsze.

Obrazek

W idealnym czasie jesteśmy na górze. Ustawienia aparatu są naprawdę takie same jak przy innych zdjęciach z całego urlopu.

Obrazek

Obrazek

Tu już nawet nie ma co komentować. Tylko oglądać.

Obrazek

Obrazek

Obrazek

Przy zachodzie wszystko poczerwieniało, cienie wydłużyły się jeszcze bardziej.

Obrazek

Obrazek

Zdecydowanie najpiękniejszy zachód jaki przeżyłem w górach. Nie robię aż tak dobrych zdjęć, żeby w pełni oddać taką chwilę.
Dzień miał wyglądać zupełnie inaczej, początkowo bardzo rozczarował, ale na koniec byłem w pełni zadowolony i czułem spokój ducha.
Od następnego dnia miała popsuć się pogoda. Czas urlopu też dobiegał końca.

C.D.N.
Awatar użytkownika
sprocket73
Turysta
Turysta
Posty: 731
Rejestracja: 09 czerwca 2011, 15:06

Re: Spokojny urlop bez napinki, wrzesień 2019

Post autor: sprocket73 » 06 października 2019, 11:10

Część IX

Dzień w którym pogoda miała się popsuć... ale dopiero po południu.
Jeszcze przed wschodem Tobi został obudzony i z zaskoczenia postawiony przed komisją lekarską, która wydała orzeczenie "zdrowy". Procedura amputacji łapki została anulowana.
O wschodzie słońca byliśmy już w drodze. Zapowiadał się pogodny dzień. Monte Prena i pasące się u jej stóp koniki.

Obrazek

Corno Grande, jakoś się opatrzyło i już nie przeraża tak bardzo.

Obrazek

Autem wyjeżdża się bardzo wysoko, bo aż na 2100 m. Nad Corno Grande wisi niepokojąca chmurka, czyżby już po ptokach? Nie będzie widoków? Oby to była tylko taka chmurka poranna.

Obrazek

Wyruszamy. Szlak jest dość szeroki, umocniony. Ludzi też trochę, mimo środka tygodnia.

Obrazek

Widok wstecz.

Obrazek

Dochodzimy na przełęcz. Obraz Corno Grande jest zniewalający. Wciąż jest chmurka, ale mniejsza... zanika, to dobrze.

Obrazek

Ciekawie jest w każdą stronę.

Obrazek

Również do tyłu.

Obrazek

Zbliżamy się utrzymując wysokość. Wciąż niskie słońce dodaje uroku.

Obrazek

Piękne skały. Takie dzikie.

Obrazek

Okolice szczytu. Tam gdzieś na wprost wchodzi najtrudniejszy wariant szlaku.

Obrazek

Ciągle zmienia się perspektywa. Wg moich ustaleń, tym dość łagodnym grzbietem od lewej wychodzi wariant średnio-trudny. Stąd wygląda spoko. Ciągnie mnie do niego, choć ustalone mamy, że wychodzimy najłatwiejszym.

Obrazek

Za plecami również niezmiennie atrakcyjnie.

Obrazek

Zaczynamy podejście na kolejną wyższą przełęcz.

Obrazek

Grzbiet chwilowo traci się z oczu.

Obrazek

To już za nami.

Obrazek

Jesteśmy na przełęczy. Gdzieś tu powinno być odejście na wariant średnio-trudny. Jednak go nie widzę.

Obrazek

Może będzie wyżej, idziemy kawałek stromą ścieżką wśród kamieni, góra znowu znika z oczu.

Obrazek

Kiedy się pojawia tracę trochę orientację. Myślałem, że wariant średnio-trudny idzie tym grzbietem po prawej, ale skoro nie było żadnej tabliczki, to może wcale nie. To co na wprost wcale nie wygląda łatwo, więc może to jest ten wariant, po tym grzbieciku od lewej, natomiast najłatwiejsza droga przechodzi dołem na drugą, niewidoczną w tym momencie stronę i tam gdzieś prowadzi zakosami na górę?

Obrazek

Widok wstecz.

Obrazek

No nic, idziemy dalej, przestrzenie są spore. Ukochana też patrzy przed siebie i mówi, że to co widzi to na pewno nie jest wariant prosty, więc jest za tym, żeby wybrać tą niższą ścieżkę w lewo i przejść za groźnie wyglądający grzbiet od tyłu.

Obrazek

Jesteśmy coraz wyżej i ciągle się spieramy. Ukochana podejrzewa, że chcę ją wmanewrować w wariant trudniejszy. Ja już sam nie wiem, jestem tak na 80% pewny, że przed nami wariant łatwy, ale moja pewność spada im jesteśmy bliżej, bo to wcale nie wygląda tak banalnie. Widać, że jacyś ludzie, którzy próbowali iść w górę, wrócili się i zeszli na tą niższą ścieżkę, co jeszcze bardziej rzuciło podejrzenie, że wariant łatwy idzie dołem. Dochodzimy do rozstajów, szlak jest na obu ścieżkach. Mówię Ukochanej - idziemy do góry.

Obrazek

Kurcze... wariant łatwy? Oczywiście wszystkie kamienie się ruszają.

Obrazek

Wyżej okazało się, że to faktycznie wariant łatwy, bo ścieżka idąca dołem, za grzbietem schodzi jeszcze bardziej w dół do schroniska. Trzeba przyznać, że oznaczenia w tych górach są dużo gorsze niż u nas. Ale może to i dobrze, trzeba ćwiczyć wyobraźnię i być świadomym tego gdzie się chodzi. Z drugiej strony we mgle, jak się nie zna dobrze szlaku, to nawet nie ma co się zapuszczać.

Obrazek

Napieramy. Jest stromo, przestrzennie. Na razie idzie dobrze.

Obrazek

Tobi jak zwykle przodem. Patrzę jak łapka, ale w porządku, w zasadzie nie utyka w ogóle. Bałem się, że ciągnę go tu na siłę, ale humor mu dopisuje.

Obrazek

Zbliżamy się do grzbietu.

Obrazek

Główny wierzchołek już blisko, choć kawałek jeszcze jest.

Obrazek

Nawet tutaj jest miejscówka na mały biwak.

Obrazek

Pokazuję Ukochanej w dole schronisko, do którego szła ta dolna ścieżka. Dopiero teraz mi uwierzyła, że faktycznie idziemy wariantem łatwym. Oznacza to, że będziemy dokładnie tą samą drogą schodzić... pojawiają się wątpliwości, czy to się uda?

Obrazek

Jednak na razie trzeba wciąż napierać w górę, już blisko. Niedaleko wierzchołka spotykamy grzbiet, którym szedł wariant średnio-trudny. Są na nim znaki. Więc jednak miałem rację w początkowej ocenie przebiegu szlaków.

Obrazek

Szczyt i widoki z niego. Te najbliższe, prosto w dół.

Obrazek

Te dalsze.

Obrazek

Stamtąd przyszliśmy.

Obrazek

Parking ze stacją kolejki.

Obrazek

Najdalsza góra to Monte Camicia, a na prawo od niem Monte Prena. Wyglądają na niskie.

Obrazek

To my, dla nas to nowy rekord wysokości 2912 m. Poprzedni był 2911 m Skolio w masywie Olimpu. Niewielka poprawa, ale zawsze coś :)

Obrazek

A to Tobi, wyniesiony dodatkowe 2 metry ;)
Widać też miejscowego psa. Bez opiekuna, pewnie lubi turystykę i wychodzi z dołu razem z ludźmi, po czym kulturalnie żebra o jedzenie.

Obrazek

To drugi, niższy o 9 metrów wierzchołek Corno Grande. Trudniej dostępny. Tylko szlakiem trudnym.

Obrazek

A to schron po tym drugim wierzchołkiem. Wszystko na max zoomie.

Obrazek

Pora na zejście. To najtrudniejsza część wycieczki. Idealnie sprawdza się wariant z Monte Prena. Ja idę przodem starannie wybierając drogę, Ukochana po moich śladach. Trwa to długo, bo do przejścia sporo, ale kończy się pełnym sukcesem. Łatwo nie jest, bo wszystko się sypie. Ludzie idą różnymi ścieżkami, jedni radzą sobie lepiej inni gorzej. Wychodząc widziałem, że od dołu idzie ktoś z dwoma psami. Okazało się,że to samotna dziewczyna, nie najlepiej radząca sobie w tych warunkach. Spotkaliśmy ją na zejściu. Nie osiągnęła szczytu, zawróciła i miała wielkie problemy, żeby zejść. Próbowała dnem żlebu, cały czas na tyłku, razem z osuwającymi się w dół kamieniami. Była nie dalej niż 30 metrów od nas. Nawiązałem z nią rozmowę i przekonałem, żeby poszła tak jak my, że jest dużo łatwiej. Posłuchała i przeżyła.

A na zdjęciu młody chłopak - silny, odważny i głupi. Wyszedł razem z kolegą najtrudniejszym wariantem szlaku. A na zejściu zrobił sobie skrót przez stromy piarżysty stok. Miejscami jechał razem z kamieniami jak na nartach. Kilka razy tracił równowagę i zsuwał się parę metrów na tyłku. Czatowałem z teleobiektywem, aż poleci na twarz. Byłem pewny, że to tylko kwestia czasu. Myliłem się, dał radę, przeżył.

Obrazek

Udało się pokonać cały groźny osypujący się odcinek. Pojawiły się chmury.

Obrazek

Jeżeli tak ma wyglądać pogorszenie pogody, to fajnie.

Obrazek

Schodzimy coraz niżej. Jesteśmy już w strefie traw. Kadr podobny do porannego, ale całkiem inne światło. Na zdjęciu jest "uratowana" przeze mnie dziewczyna z dwoma psami. Psy są luzem. Większy to border collie, a mniejszy, wysunięty do przodu, to mały kundelek. Wszystkie spotkane tego dnia psy były luzem (łącznie z Tobim 5 sztuk) i żaden turysta nie dziwił się, że w górach jest ktoś z psem. W TPN pies to przestępstwo, katastrofa ekologiczna, zagrożenie dla dzikich zwierząt i ludzi.

Obrazek

Na koniec postanawiamy wydłużyć trasę o jeszcze jedną małą górkę i schronisko.

Obrazek

Zawsze to coś nowego, jakiś mały bonusik mile widziany.

Obrazek

W nagrodę widoczek.

Obrazek

Można wracać do auta.

Obrazek

Wycieczka zakończyła się pełnym sukcesem. Corno Grande zdobyte. Poziom trudności, znowu największy jaki do tej pory mieliśmy, ale jednak nie przesadzony ani trochę ponad możliwości. W sam raz na nasz obecny poziom.
Ukochana chce urobić coś powyżej 3000 :)

Czułem się całkowicie spełniony :)

C.D.N.
Awatar użytkownika
sprocket73
Turysta
Turysta
Posty: 731
Rejestracja: 09 czerwca 2011, 15:06

Re: Spokojny urlop bez napinki, wrzesień 2019

Post autor: sprocket73 » 06 października 2019, 11:10

Część X

Pogoda faktycznie się popsuła. W nocy padało. Rano wszystko spowite gęstą mgłą. Mieliśmy jeszcze jeden dzień urlopu, w planach było zwiedzanie Sulmony, którą polecał przewodnik jako pozycję obowiązkową w Abruzji, ale przy fatalnych prognozach odpuściliśmy. Cały dzień jechaliśmy w przelotnych burzach na północ. Zrobiliśmy duże zakupy. Jako pamiątki z Włoch przywieźliśmy zapas wina, parmezanu i kawy.
Rozpogodziło się dopiero następnego dnia w Austrii. Postanowiłem przejechać przez nią górami i zobaczyć trochę okolicy zza szyb samochodu.
Kurcze, Austria to przepiękny kraj. Przede wszystkim alpejskie krajobrazy.

Obrazek

Obrazek

Obrazek

Małe miasteczka dopieszczone i wypielęgnowane jak z bajki.

Obrazek

Obrazek

Obrazek

Góry, różne, większe i mniejsze.

Obrazek

Obrazek

Obrazek

Zatrzymaliśmy się też nad rwącą górską rzeką.

Obrazek

Tobi miał okazję się utopić... ale jest na to za sprawny ;)

Obrazek

Na dłużej zatrzymaliśmy się w mieście Melk.

Obrazek

Gdzie miejscowa ludność wyprawiła przyjęcie na naszą cześć.

Obrazek

Obejrzeliśmy Opactwo Benedyktynów.

Obrazek

Obrazek

Obrazek

Austria zrobiła bardzo dobre wrażenie. Trzeba by się tam wybrać kiedyś. Daleko nie jest,
Próbowałem potem wrócić do domu bez noclegu, ale za bardzo brało mnie spanie w aucie. Zatrzymałem się, zamknąłem oczy i otworzyłem 2 godziny później. Ta odrobina snu wystarczyła, żeby dojechać do domu.

Taki był tegoroczny urlop. Kiedy się zaczynał byłem pełen sceptycyzmu i miałem wrażenie, że jadę z przymusu. Przepracowany organizm zapomniał co jest w życiu tak naprawdę ważne. Przez 3 tygodnie udało się zrelaksować, odpocząć, przemyśleć różne sprawy i wybić się z tego zagonionego rytmu codzienności, kompletny reset. Przy okazji, bez napinki, urobiliśmy trochę w fajnych górach :)

Jeżeli ktoś wstrzymywał się z komentowaniem, aż skończę, to teraz jest dobry moment ;)

THE END
Awatar użytkownika
Kovik
Członek Klubu
Członek Klubu
Posty: 1557
Rejestracja: 18 maja 2010, 22:59
Kontakt:

Re: Spokojny urlop bez napinki, wrzesień 2019

Post autor: Kovik » 07 października 2019, 18:46

No to zacznę ja. Bardzo podobała mi sie część II. Poza tym reszta też niczego sobie. Póki co przejrzałem na szybko zdjęcia - trzeba się tam kiedyś wybrać. Na tekst przyjdzie czas.
http://gorolotni.blogspot.com

Życie zaczyna się po trzydziestce
Awatar użytkownika
jck
Turysta
Turysta
Posty: 3088
Rejestracja: 14 listopada 2007, 22:57
Kontakt:

Re: Spokojny urlop bez napinki, wrzesień 2019

Post autor: jck » 08 października 2019, 10:27

Druga część faktycznie przykuwa wzrok...
Lubię wyjazdy, gdzie plany zmieniają się na bieżąco. Gratulacje dla całego zespołu, metr dołożony do życiówki też cieszy :)
A 3000 mnpm to gdzie i kiedy?
Życie nie zaczyna się powyżej 5000 mnpm. Powyżej 6000 mnpm tym bardziej...
Awatar użytkownika
Rebel
Turysta
Turysta
Posty: 1025
Rejestracja: 03 maja 2008, 5:59

Re: Spokojny urlop bez napinki, wrzesień 2019

Post autor: Rebel » 08 października 2019, 16:45

troche gały wybałuszałem czytając relację , fajny urlop , macie psa niezniszczalnego widać ,fajnie ma z Wami pzdr rebel
"Niekiedy wilkiem się nazywał , lecz wilkiem nie był, gdy wszyscy raźnie śpiewali - wolał zawyć ... "
ODPOWIEDZ