25.06.2017 Prawdziwa męska przygoda

Relacje z górskich wypraw i innych wyjazdów oraz imprez forumowiczów. Ten dział jest przeznaczony dla osób, które chcą opisać swoje relacje i/lub pokazać zdjęcia ze spotkań nie będących Klubowym Zjazdem lub Górską Wycieczką Klubową.

Moderatorzy: HalinkaŚ, Moderatorzy

Awatar użytkownika
kefir
Turysta
Turysta
Posty: 174
Rejestracja: 13 grudnia 2012, 23:59
Kontakt:

25.06.2017 Prawdziwa męska przygoda

Post autor: kefir » 27 czerwca 2017, 0:16

Inny tytuł nie oddałby wydarzeń ostatniej niedzieli:)

Obrazek
Dzień się zaczyna na Głodówce


Budzimy się o... kurde, chyba znowu o 1:20. Znoszenie tobołków do samochodu, ubranie Norberta i przez Kraków, gdzie zgarniamy kolejną osobę mającą niepoukładane pod kopułą jedziemy w stronę Łysej Polany. Na miejscu meldujemy się przed wschodem, niebo jest niemalże bezchmurne, więc widoki mamy super. Zostawiamy dziewczyny przy granicy i teraz już my, Młodzi Wilcy możemy jechać działać w charakternych górach, po drodze podziwiając wschód słońca z Głodówki.

Obrazek
Zapowiada się piękny dzień
Przed 5 meldujemy się w miejscowości Łapsze Wyżne, jemy śniadanie w samochodzie i szlakiem ruszamy na pieniński Żar. Początkowo plan był inny, ale skoro prognozy mówiące o zachmurzeniu się nie sprawdziły, to szkoda tracić czas i jechać kolejne 100 km zdobywać kapusty. Początek przygody nie jest zbyt obiecujący bo już na początku szlaku trafiamy na luźno chodzące krowy, których nijak nie da się ominąć. Mądry wycof ujmy nie przynosi i nie drażniąc nadto bydła idziemy wzdłuż drogi na zachód szukać dogodnego przejścia przez pola do szlaku. Najpierw wchodzimy w stromy teren który jest mocno zarośnięty i dosyć stromy, Norbert delikatnie daje mi do zrozumienia, że też mu się to nie podoba, więc robimy kolejną nawrotkę. Przy trzeciej próbie teren jest już lepszy, niestety za wzniesieniem trafiamy na stado owiec pilnowane przez jakieś kundle, które na szczęście trzymały się w bezpiecznej odległości i mogliśmy dojść do szlaku. Wyciągam Norberta z nosidła i puszczam luzem - niech barki odpoczną, mamy cały dzień łaziorki przed sobą:) Zdobywamy Grandeusa 802 m n.p.m. Robimy popas i kończymy pierwsze śniadanie. Widoki nam towarzyszą od wejścia na szlak, a im wyżej tym więcej widać - Tatry Wysokie, Beskid Niski, Sądecki, Pieniny, po wejściu na szczyt również Gorce i Beskid Wyspowy. Niepozorny szczyt o istnieniu którego nie miałem pojęcia jeszcze godzinę temu wręcz zaprasza na noc pod namiotem. No właśnie, odnośnie biwakowania, na szczycie do dyspozycji mamy ławeczki, stół, miejsce na ognisko i uwaga! z grillem z regulacją wysokości! Takie rzeczy tylko w Pieninach! Znajduje się tutaj również wiata na rowery, lub dwa namioty, która niestety jest strasznie zaśmiecona i tak jak się mówi w niektórych kręgach, że "brakuje tylko żeby ktoś nasrał na środku", to w tym przypadku niczego nie brakuje.

Obrazek
Trzy Korony i Łapsze Wyżne ze zboczy Grandeusa

Obrazek
Tatry nad Łapszami Wyżnymi

Obrazek
Radość z wędrówki od wschodu do zachodu

Obrazek
Widok z grzbietu na Pieniny
Posileni ruszamy w stronę Dursztyna. Droga jest szeroka, później przechodzi w asfalt, gdzie po raz drugi trafiamy na stado krów luźno lezące i musimy zasuwać po zroszonych trawach szerokim łukiem. Schodzimy do wsi, odrobina cywilizacji i niespodzianka - znowu krowy.

Obrazek
Szczyt z wieżą przekaźnikową to Grandeus

Szerokość drogi taka, że dwa samochody mieszczą się na styk, ale zamiast samochodów idzie kilkanaście sztuk rogatego bydła i ani jednego człekokształtnego... Nie ma srania po krzakach, ale w tym wypadku przezornie wchodzimy przez furtkę komuś do ogródka i czekamy aż bydło łaskawie nas ominie. Nie minęło 30 sekund i za nami słychać jakiś okrzyk po czym ze stodoły zaczynają wyłazić kolejne krowy... od 5 rano widziałem już chyba pół setki spacerujących krów i żadnego człowieka poza nami! Na szczęście za krowami wychodzi jakaś kobieta, patrzy na nas i sympatycznie pyta "Co, mały się boi krów?" Przytaknąłem, po czym kobieta dodała "Teraz dwa byki jeszcze będą szły." No i faktycznie poszły. Co tam niedźwiedzie w górach, jak masz dziecko na plecach to krowy podnoszą adrenalinę niespodziewanie wysoko. Po przejściu krowiego pochodu możemy spokojnie ruszyć dalej w stronę wschodzącego słońca, tym razem droga staje się kamienista, na horyzoncie widać stado owiec (lepsze to niż znowu krowy), Norbert obliguje na kolejne płatki śniadaniowe i w przyjemnym słońcu robimy postój na trzecie pierwsze śniadanie. Naładowani energią schodzimy do owiec i orientuję się, że są pilnowane przez cztery , luźno latające owczarki podhalańskie. Baca na samym przodzie prowadzi stado, a psy biegają dookoła i naganiają owce. Trzymamy się na dystans żeby psy nas nie wyczuły, bo przecież za nim baca się zorientuje, że psy bronią stada to trochę może minąć (o ile w ogóle coś usłyszy i uda się go wyrwać z letargu zawodzenia). Wybieram dogodny moment i przyspieszam na ścieżce po lewej stronie stada, wołam do bacy żeby przypilnował psów, a on, że skoro do tej pory nam nic nie zrobiły to możemy iść spokojnie. Psy się w tym samym momencie nas zauważyły i z zębami na wierzchu od razu do nas podbiegły. Stoję spokojnie, ciesząc się, że kijki w razie czego mają zasięg 135 cm, baca rzuca głośno komendę "wy skur... je... ch... ku... zaje..." i jakieś dwa słowa których nie zrozumiałem po czym psy w momencie się uspokajają, trzy odchodzą na bok, a jeden idzie przed nami prowadząc ścieżką, a po przejściu kilkudziesięciu metrów schodzi na bok, odwraca się do nas tyłem i robi miejsce żebyśmy przeszli. Nie wiem w której szkole uczą takiej tresury, ale szacunek.

Zaraz po akcji z psami nasz szlak zarasta i zaczyna piąć się intensywnie w górę, a nachylenie jest typowe dla Pienin. Widać, że mało chodzony, powalone drzewa, chaszczowanie, jedyne skojarzenie jakie mi się nasunęło na myśl to Szatan i Grań Baszt. Idzie się strasznie, do tego robale latają wokół głowy, a najgorsze jest to, że po osiągnięciu grzbietu, wcale nie ma lepszej ścieżki. Po drodze mijamy Dziurę Mutiego oznaczoną tabliczką, jest to kilku metrowy komin do którego lepiej nie wpaść przez przypadek. Zdobywamy szczyt, nie będę opisywał naszej radości po przygodach na trasie, które wieńczy drzewo w lesie z przybitą kartką z napisem Żar 883 m n.p.m.

Obrazek
Szlak na Żar

Dalsza droga jest już lepsza, widać, że częściej na Żar się wschodzi z Niedzicy, albo Łapsz Niżnych. Ponieważ jest raptem 8:30 nie schodzimy jeszcze do samochodu tylko idziemy do zamku w Niedzicy. Szlak szybko ze ścieżki zmienia się drogę szutrową, a później asfaltową więc Norbert może sporo iść na nogach. Po drodze mijamy turystów na koniu, rowerze i własnych nogach (szli razem) i dalej jednego rowerzystę z którym zamieniamy dwa zdania. Gość nie ukrywał zdumienia, że kogoś tutaj spotkał, bo często jeździ tą drogą na rowerze i to jest szlak kompletnie nie chodzony. Im bliżej Niedzicy tym lepsze widoki, a przy samym zamku świętujemy sukces lodami, a tatuś przypomina sobie twierdzenie Pitagorasa... a2 + b2 = c2. Patrząc na mapę z Łapsz Wyżnych najpierw przeszliśmy do Dursztyna 4 km, następnie 15 km do zamku, a teraz trzeba przejść najdłuższy bok trójkąta, który na domiar złego prowadzi zakosami... Przy aucie GPS pokazał mi 33,5 km i 1080 metrów podejść. Bąble na stopach nie przeszkadzały w dobrych humorach doczłapać do auta.

Obrazek
Widoki po wyjściu z lasu, panorama zaczynała się na Gorcach, a kończyła na Tatrach

Obrazek
Pogoda - żyleta

Obrazek
Zamek w Niedzicy, moim zdaniem już Tenczynek się lepiej prezentuje
No dobra ale trzeba jeszcze jechać po tzw. płeć słabą, chociaż nie wiem czy takie określenie jest na miejscu, bo dziewczyny weszły na Małą Wysoką od polskiej strony. Zawsze uważałem, że jest to większe wyzwanie niż Ryzy z Palenicy - dłuższy dystans i brak schroniska po drodze skutecznie przesiewają ludzi na szlaku i w weekend na trasie do Morskiego Oka mamy kilkanaście, albo nawet ponad 20 tysięcy ludzi, podczas gdy przy ładnej pogodzie przez dwa dni pewnie nawet setka nie przewinie się szlakiem po słowackiej stronie.

Skoro skończyliśmy naszą trasę pierwsi to ruszamy z misją ratunkową Doliną Białki, a, że wcześniej byliśmy w sklepie i kupiliśmy radlery, itp, nasz ekwipunek ogranicza się tylko do tego co może dodać energii po kilkunastu godzinach marszu w pełnym słońcu:)
http://summitate.wordpress.com/ "Kto w górach cierpiał i był szczęśliwy, ten z nimi się nie rozłączy." Jalu Kurek

https://www.facebook.com/summitateztgm - profil na facebooku
Awatar użytkownika
PiotrekP
Administrator
Administrator
Posty: 8040
Rejestracja: 22 kwietnia 2009, 11:33
Kontakt:

Re: 25.06.2017 Prawdziwa męska przygoda

Post autor: PiotrekP » 27 czerwca 2017, 10:32

Męska wyprawa z elementami grozy, tylko tak trzymać. :spoko:
Góry są piękne i niech takie pozostaną.

Nasze Wędrowanie
Awatar użytkownika
kefir
Turysta
Turysta
Posty: 174
Rejestracja: 13 grudnia 2012, 23:59
Kontakt:

Re: 25.06.2017 Prawdziwa męska przygoda

Post autor: kefir » 28 czerwca 2017, 21:02

Dzięki :)
Konie i krowy w górach są gorsze niż niedźwiedzie.
http://summitate.wordpress.com/ "Kto w górach cierpiał i był szczęśliwy, ten z nimi się nie rozłączy." Jalu Kurek

https://www.facebook.com/summitateztgm - profil na facebooku
ODPOWIEDZ