Po pierwszym urlopie w Norwegii, który odbyliśmy trzy lata temu, jedno marzenie nie dawało nam spokoju. Gdziekolwiek nie spojrzeliśmy – zdjęcia, filmy, relacje podróżnicze – wyskakiwały jak grzyby po deszczu. Strzeliste góry wyrastające prosto z morza, czerwone rybackie domki, turkusowa woda i krajobrazy wyglądające jak żywcem wyjęte z pocztówki. Lofoty. Przeglądając kolejne relacje, coraz częściej łapaliśmy się na tym, że zamiast planować kolejny urlop, planujemy właśnie ten jeden. Ten wymarzony (jeden z wielu). I w końcu pod koniec ubiegłego roku zapadła decyzja: Rok 2026 będzie należał do Lofotów. Charakter podróży od początku był jasny. Żadnych hoteli, kurortów czy siedzenia w jednym miejscu. Prawdziwa wyprawa w stylu camperowym. Tyle że zamiast kampera mieliśmy naszego niezawodnego Forda S-Maxa, pieszczotliwie zwanego Maksiem, który przez lata został całkiem solidnie przystosowany do roli mobilnego domu. Łóżko? Jest. Schowki? Są. Widok na góry po otwarciu bagażnika? Oby jak najczęściej. Do wyprawy zaprosiliśmy również nasze norweskie wsparcie logistyczne, czyli Lucy i Anię. Spodziewaliśmy się długich negocjacji, analiz kalendarza i rodzinnych narad nocnych. Tymczasem czas potrzebny na podjęcie decyzji wyniósł mniej więcej tyle, ile trwa zagotowanie wody na herbatę. Szybka i jedyna właściwa odpowiedź:
– Jedziemy! >>>>>> https://gorolotni.blogspot.com/2026/06/ ... eniem.html




